
Kiedyś ksiądz katecheta kazał dzieciom napisać wypracowanie na temat zachowania się w kościele. Oto , co napisała jedna z dziewczynek:
"Kiedy przychodzę do kościoła nie pukam do drzwi i nie czekam, aż mi ktoś powie "Proszę!" , ale wchodzę i żegnam się wodą święconą. Potem idę przed ołtarz, bo tam mieszka Pan Jezus ukryty pod postacią chleba. Nie mówię Mu "Dzień dobry" , ale klękam, żegnam się, pochylam głowę o powtarzam trzy razy "Niech będzie pochwalony Najświętszy Sakrament". Znów żegnam się, wstaję i czekam na rozpoczęcie się Mszy Świętej."
Jak Myślicie: Dobrze rozpoczęła ta dziewczyna swój pobyt w kościele?
Sądzę, że tak. Przede wszystkim nie spóźniła się na Mszę Świętą, jak to zdarza się wielu z nas. Dalej, nie stanęła pod chórem albo gdzieś w ukryciu za filarem, lecz podeszła do ołtarza. Przed ołtarzem pięknie uklęknęła. Wielu wchodząc lub wychodząc z kościoła tylko dygnie, jakby witały się z sąsiadem, albo jakby mieli reumatyzm w nogach, jak stara babcia, która już nie może dotknąć kolanem posadzki. Sąsiadowi wystarczy lekkie dygnięcie. Pan Jezus jest Bogiem, dlatego nie należy żałować trochę wysiłku, aby i nasze nogi Go uczciły. Nasza dziewczynka nie biegła też do ławki, aby zająć miejsce.
Pana Jezusa można przywitać trzykrotnym "Niech będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament" . Myślę jednak, że Panu Jezusowi podobałoby się bardziej , gdyby przywitać go swoimi słowami, na przykład: "Dziękuję Ci, Panie Jezu, że Jestem zdrowy i mogłem przyjść do Twojego domu, aby Cię odwiedzić. Dziękuję Ci również za to, że będę mógł modlić się i śpiewać na Twoją cześć. Nie obraziłby się też Pan Jezus, gdyby powiedzieć Mu "Dzień Dobry".
Dalej opisuje: "Nikomu nie podaje ręki na przywitanie. Uczestniczę we Mszy Świętej. Modlę się i śpiewam, uważnie słucham kazania. Nigdy nie wychodzę przed końcem Mszy Świętej.
Jeden z chłopców, przeciwnie niż ta dziewczynka, napisał, że nudzi się w kościele. Dlatego liczy świeczki na ołtarzu, myśli, z którym kolegą mógłby się spotkać po Mszy świętej, a czasem także rozmawia. Ten chłopiec zrobiłby dobrze, gdyby wziął książeczkę do nabożeństwa czy mszalik. Gdy znajdzie się w kościele większa grupa, a nie ma tam nikogo starszego, to często panuje tam gwar, hałas, jakby się zjawiło stado owiec.
Ksiądz H. Grządziel (późniejszy biskup) tak opisuje zachowanie się w kościele gromadki chłopców:
"W pewnych miesiącach mojego pobytu w parafii wiejskiej szedłem do kościoła na naukę religii. Z bramy kościelnej wybiegła sprzątaczka, wołając: "Już nie mogę wytrzymać! Te dzieci są nieznośne, zupełnie nie wychowane". I zaczęła opowiadać, jak te dzieci broiły w domu Bożym. Chodziło naturalnie o chłopców. Jedni dzwonili dzwonkami u stóp ołtarza, drudzy większym dzwonem przy drzwiach zakrystii. Dwóch siedziało w konfesjonale. Inni gonili się między ławkami. Tymczasem dzieci zorientowali się, że przychodzę. Gdy wszedłem, wszyscy siedzieli w ławkach. Tylko rumieńce na twarzy i rozczochrane włosy zdradzały jakieś bojowe przeżycia. Po wstępnej modlitwie powiedziałem do nich: "Chłopcy, zdaje się, żeście przed lekcją w niewłaściwy sposób zachowali się w kościele. Czy rodzice pozwalają wam w domu tak hałasować i szaleć?" Zażenowani chłopcy powiedzieli, że nie, zwłaszcza, gdy jest chory dziadek czy babcia. Również, gdy przyjdzie ksiądz albo inny gość.
- Widzicie - uszanowalibyście spokojnym zachowaniem tatusia, dziadków i gościa. A zapominacie, że w kościele jest ktoś większy, ważniejszy niż jakikolwiek gość. Zapominacie, że w tabernakulum jest ukryty Pan Jezus pod postacią chleba. Zachowujecie się jak byście nie wierzyli w Jego obecność.
Twarze chłopców były skruszone."(wg P.K. 1962)
Ktoś słuchając tych wspomnień księdza pewnie powiedział, że z penością Pan Jezus też im wybaczył, myśląc, że to małe i jeszcze głupie. Nie chciałbym, aby i o was ktoś tak powiedział.
Zastanówmy się dziś, jak dotychczas zachowyliśmy się w kościele. Czy pamietaliśmy, że to jest dom Boży, że mieszka tu Pan Jezus. Jeśli sumienie wam coś wyrzuca, przeproście Go.